Wewnętrzny rozkwit

Zajrzeć do piwnicy czy nie?

woda-nieświadomość-cień

Zajrzeć do piwnicy czy nie?
Czyli o tym, dlaczego jedni podejmują terapię,
korzystają ze wsparcia czy szukają siebie na własną rękę a inni nie?


Przez wiele lat myślałam, że wszyscy mają tak jak ja, tzn. gdy widzą w sobie jakąś trudność, coś, co im nie służy, co blokująco wpływa na ich relację ze światem, to zaczynają szukać przyczyny, chcą to znaleźć i uzdrowić. Całkiem niedawno ocknęłam się z tego przekonania i zobaczyłam, że zdecydowana większość działa inaczej niż ja 😉 Że głównie nie działa… Za każdym razem, gdy widziałam kogoś, kto wciąż potyka się o ten sam kamień, mało tego – ciągle ten sam kamień przed sobą ustawia, by za chwilę się o niego przewrócić, to od razu tej osobie o tym mówiłam i byłam setki razy niezmiernie zdziwiona, że ta osoba nic z tym nie robi, powtarzając wciąż ten sam schemat. Moja głowa nie mieściła tego, że można coś widzieć, o czymś wiedzieć i tego nie ruszać. W mojej podróży trafiałam na wiele kotłów z wrzącą smołą i mimo potężnego lęku, za każdym razem wkładałam do nich rękę, by wyciągnąć to, co sprawiało, że cierpię. Mimo nieziemskiego strachu przed tym, co widzę, wchodziłam do każdego mojego piekła, by spojrzeć w oczy temu, co mnie przeraża, przerasta, blokuje, przynosi ból. I naprawdę wierzyłam, że inni też tak mają, a jeśli nie, to powinni… 😉

Dziesiątki razy napierałam na kogoś, przekonując, motywując, namawiając do wykonania jakiegoś ruchu w kierunku tego, co siedzi cicho ukryte w cieniu jego umysłu, a co cały czas aktywnie wpływa na życie tej osoby. Czasami ktoś uległ, dał się przekonać, ale ponieważ nie była to decyzja, która wypływała z jego głębi i potrzeby zajęcia się czymś w sobie, kończyło się na muśnięciu tematu i powrotu na stare tory. Trzęsłam się wtedy w środku na takie odpuszczenie, odwrócenie się od siebie, nie rozumiałam. Wielokrotnie namawiałam ponownie, pokazywałam samą sobą, że warto, że to zmienia jakość życia, że daje dostęp do życiowego potencjału. Czułam złość, że ktoś znów mi mówi o tym samym cierpieniu, narzeka i stawia kropkę, nie działając. Nie pojmowałam długo, że pomagać należy tam, gdzie jest na to otwartość. A ja pchałam się ze swoim „zajrzyj w to, uzdrów”, nie szanując czyjegoś braku gotowości. Zatrzymałam się w końcu, zaczęłam odpuszczać. Zdałam sobie sprawę, że nie mam prawa zmuszać nikogo do tego, żeby wszedł w przestrzeń podnoszenia własnej samoświadomości, mimo że ja widzę, że błądzi i się męczy.

Osoby, które mają podobnie jak ja, zachęcam do obserwowania swojej olbrzymiej chęci do pomagania i zastanowienia się, co lub kogo tak naprawdę chcą ratować, co lub kogo pragną ocalić. Na pewno nie wynika to z podejścia „ja wiem lepiej, macie mnie słuchać!”.


Dlaczego tak wielu ludzi nie zagląda w swój cień?

W moim odczuciu za oporem stoi lęk (widziany i rozpoznany albo nieuświadomiony) lub brak samoświadomości. Potężny lęk. Znam osoby, które wiedząc o swoich problemach, niewiele lub nic z tym nie robią. Wciąż odwracają głowę od tego, co w nich cierpi, a co niewysłuchane przenosi się na to, jak funkcjonują w życiu i jak to życie wygląda.

Ten lęk bywa tak głęboko ukryty, że często nie ma się do niego dostępu i z marszu uznaje się, że go nie ma. W trudnych i bolesnych momentach wiele osób otwiera się na wejście we własny proces, ale gdy emocjonalne i/lub fizyczne cierpienie przeminie, porzucają decyzję o terapii czy wsparciu. Nie zdając sobie sprawy, że kolejny raz porzucają siebie samego, zatykając uszy na wewnętrzny jęk, na tę część siebie, która wyciąga ręce, prosząc o pomoc, o ratunek. Szybkie odwrócenie uwagi od cierpienia z reguły odbywa się poprzez wejście w jakąś aktywność, przekierowanie uwagi na coś zewnętrznego – jedzenie, telewizja, seks, kupno czegoś, kompulsywne sięgnięcie po wysiłek fizyczny, gry komputerowe, alkohol, substancje psychoaktywne (narkotyki, leki), a nawet kolejny warsztat rozwoju czy książki w tej tematyce. Nie sposób wszystkiego wymienić. W każdym razie jest to coś, co odciąga, co na chwilę ucieszy i UCISZY wołanie bólu. Czasami to nie muszą być wielkie wewnętrzne dramaty. To mogą być momenty, gdy robi nam się w środku niewygodnie, pojawia się jakieś uwieranie, dyskomfort. Każdy doskonale wychwytuje te chwile, ale najczęściej odwraca się od nich, idąc w coś poza sobą.

Czasami myślę, że aby sięgnąć po wsparcie, trzeba doświadczać bólu, który jest nie do zniesienia, bo gdy za mało boli, to zawsze znajdzie się jakaś wymówka, by tego nie robić.

Jeśli odnajdujesz w moich słowach kawałek siebie, zatrzymaj się, uruchom uważność i świadomość, zacznij zauważać kamienie, które wciąż napotykasz na swojej drodze. A gdy w trudnej sytuacji wszystko w Tobie będzie ciągnąć na zewnątrz, poczekaj, poczuj, posłuchaj. W naszych poranionych dzieciństwach nikt tego nie robił.

Bądź tą pierwszą, bądź tym pierwszym, którzy staną przed sobą i powiedzą „tak, jesteś, teraz Cię widzę”.


Za każdym razem, gdy to zrobisz, zwrócisz sobie część siebie, pokażesz sobie, że jesteś ważna, że jesteś warty tego, by się sobą zająć. A zmiany w Tobie i na zewnątrz będą wreszcie słodkimi, soczystymi owocami Twojej decyzji o zajrzeniu w siebie, w które Twoje drzewo życia zacznie obradzać ☺
Powodzenia kochani czytający ♡

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *