Wewnętrzny rozkwit

Iść za głosem duszy…

Droga duszy

Po wielu tygodniach ciszy odezwała się moja Dusza. W ostatnim czasie wielokrotnie ze smutkiem pytałam: „Gdzie podziała się moja kreatywność, kiedy znów zrobi się na nią miejsce w moim życiu?”. Kiedy przyjęłam ten smutek i fakt, że teraz całą moją życiową przestrzeń wypełnia coś zupełnie innego, nagle do drzwi zapukała Ona – moja Dusza 🙂, przynosząc na rękach pewnej bliskiej mi kobiety temat, za którym popłynęła energia potrzebna do tworzenia.

Dziś będzie o tym, jak często robimy w życiu nie to, co chcemy, to, co nie daje nam satysfakcji (albo daje pozorną, która żywi ego), to, co nie odżywia nas wewnętrznie oraz nie zasila zadowalająco naszych finansów.

Czynię ten wpis, bo uświadomiłam sobie, że droga zawodowa, którą szłam przez lata, skończyła się dawno temu, a ja bojąc się z niej zejść i stanąć obiema nogami na innej, nowej, dreptałam w miejscu, trzymając się złudzenia, że ta pierwsza daje mi wiele korzyści i satysfakcji. To, co trzymało mnie na niej to lęk, który mówił, że jak ją porzucę i wejdę na tę nową, do której ciągnie serce i Dusza, to stracę wszystko, co osiągnęłam i zbudowałam w ciągu kilkunastu lat. Teraz widzę, że to umysł (a dokładniej jego podświadoma, pełna lęku część) mocno zaciskał swoje rozumne dłonie na dziedzinie zawodowej, która nie była wołaniem z głębi serca, choć była bardzo istotnym odcinkiem mojej życiowej drogi w ogóle. Dziedzina ta dawno temu spełniła swoją rolę, pomagając mi w odkrywaniu siebie i swoich zdolności, ale po jakimś czasie, na siłę przeze mnie utrzymywana w moim życiu, zaczęła dawać iluzoryczne poczucie, ze jestem kimś ważnym i że dzięki niej coś znaczę. Owszem, to, co robiłam, robiłam dobrze, wkładając w to całe serce, ale to od dawna nie było „to”!

Gdy w zeszłym roku zaczęłam pisać bloga i wspierać innych w ich uzdrawiających procesach, cała wibrowałam, dosłownie unosząc się na skrzydłach. Bałam się jednak zawierzyć sobie i oddać w pełni nowej przestrzeni, do której weszłam. Dopiero gdy nadszedł długi czas, gdy nie mogłam już pracować zawodowo, zobaczyłam i poczułam, jak bardzo to, czym się zajmowałam od wielu lat, już nie jest moje. Zobaczyłam też to, jak bardzo boję się to puścić, sztucznie utrzymując to przy życiu.

Od dawna, na osoby, które żyły, robiąc zawodowo to, co je uskrzydla, patrzyłam z pełną żalu zazdrością i poczuciem, że ja tak nie umiem, że się nie nadaję, jestem do kitu… Kiedy to wszystko się przeze mnie przetoczyło (a przetaczało się długo że hoho!), a ja zgodziłam się na taką siebie, jaka w danym momencie jestem, nagle spojrzałam na te osoby jak na jedną, wielką inspirację, a wraz z nią pojawiło się zaufanie – do siebie, że mam w sobie dar pisania i wspierania innych, do Duszy, że doskonale wie, z jakimi zasobami przyszłam na ten świat, i do Życia, że zawsze, ale to absolutnie zawsze, mnie wspiera 😀 

Wracając do wspomnianej wcześniej osoby, która poruszyła we mnie kreację… W rozmowie z Nią wspomniała Ona o tym, że nie ma czasu i energii na ważne dla siebie rzeczy, np. spełnianie własnych potrzeb czy spędzanie więcej czasu ze swoim dzieckiem w bardziej atrakcyjny sposób. Zauważyłam wtedy, że najwięcej czasu i energii ogromnej większości ludzi zabiera praca. Na dodatek taka, która nie jest tym, czego pragną i która nie jest naturalnym rozwijaniem ich wrodzonych talentów. Zrobiło mi się przykro, że tak to wygląda, na co Ona odpowiedziała:

„Poczułam smutek, bo nie mam wykształcenia, żeby móc pracować, kiedy chcę i mieć z tego godny zarobek. Najłatwiej przychodzi mi zrezygnowanie z siebie i swoich potrzeb.”

Poczułam na te słowa ogrom współczucia dla każdego z nas, kto jest umęczony pracą, która nie daje prawdziwej radości i nie przynosi godnej gratyfikacji finansowej, kradnąc przy tym większość lub cały czas i energię, zamiast pozostawiać je jeszcze na inne aktywności.

Żyjemy tak od pokoleń… Boimy się sięgnąć po własne talenty lub zupełnie ich nie widzimy, bo leżą w wewnętrznych ciemnościach przykryte zakurzonymi ranami wyniesionymi z pełnego doznanych krzywd dzieciństwa. Ranami, które także najczęściej nie są widziane. Niesamowite jest to, że nawet wtedy dusza każdego człowieka nie odpuszcza! Regularnie wołając do nas, tworzy synchroniczne sytuacje i podsyła drogowskazy (wyrażane symbolicznie na jawie i we śnie), abyśmy mogli się przebudzić, by to, z czym tu przyszliśmy, mogło się przejawić.

Na zacytowane wyżej słowa poczułam też wielkie NIE dla rezygnacji z siebie, bo odsunięcie swoich potrzeb to odsunięcie się od siebie w ogóle, a to największe zaniedbanie wobec siebie, jakie możemy uczynić. Robimy to jednak, bo bardzo często jest tak, że tylko to znamy, bo tak właśnie traktowano nasze potrzeby wtedy, gdy byliśmy dziećmi, a my dziś nie znając innych możliwości, zachowujemy się wobec siebie tak jak kiedyś nasi opiekunowie wobec nas. Działając wobec siebie w ten sposób, krzywdzimy siebie, ale też nasze dzieci, jeśli są w naszym życiu. Rezygnując z siebie i pomijając własne pragnienia i potrzeby, dostają przekaz pt. „wszystko poza nami jest ważniejsze niż ja sam”. A przecież chodzi o to, by przekonania, jakie zapiszą w ich podświadomości, zasilały i wzmacniały w nich zdolność sięgania w życiu właśnie po to, co będzie najlepszym pokarmem dla ich potrzeb. Jedną z takich potrzeb jest potrzeba robienia tego, co wypływa z głębi serca i naszych zdolności i co jednocześnie daje spełnienie oraz przynosi dobre pieniądze, co wciąż w naszych głowach spotyka się z oporem, no bo jak to tak – przecież to niemożliwe, by mieć pracę, która realizuje nasze pasje i do tego jeszcze wzbogaca nas finansowo!

Odnosząc się do siebie i mojego doświadczenia – nie mam dyplomu psychologa, a jednak poszłam za głosem mojej Duszy i zaczęłam robić to, do czego wzywała mnie Ona już dawno. Zaczęłam wspierać i towarzyszyć innym w ich własnych uzdrawianiu, bo przyszłam na ten świat z konkretnymi darami, które właśnie do tego zostały przeznaczone.

Ponadprzeciętna wrażliwość, umiejętność wczuwania się w czyjeś stany i historie tak głęboko, że niemal zlewam się z nimi, odczytywanie czyichś pragnień i potrzeb zanim zostaną wypowiedziane albo nawet uświadomione przez kogoś, wychwytywanie informacji z pola, które prowadzą do jeszcze lepszego zrozumienia trudności innych osób, widzenie podświadomych programów i schematów tam, gdzie inni widzą tylko to, co na zewnątrz czy kontakt z własną intuicją to jedne z moich talentów, które dostałam od Życia na czas mojej ziemskiej podróży. Choć wielokrotnie słyszałam, że jestem osobą czującą więcej i wyraźniej niż inni, ignorowałam to, a talenty, w które zostałam wyposażona, przez większość mojego życia leżały w mroku straumatyzowanego dzieciństwa. Talenty, którymi żyłam jako dziecko, a których bardzo szybko zaczęłam się wstydzić i uważać za nieważne, bo w domu, w którym żyłam musiały być używane do tego, żebym przetrwała, a nie do tego, żebym na nich wzrastała.

I teraz – czy tylko nieliczni mają zasoby umożliwiające życie osobiste i zawodowe w zgodzie z sobą? Wybrańcy? Nie. Te talenty i zasoby czyniące każdego wyjątkowym mają wszyscy, każde dziecko tego wielkiego rodzica, jakim jest Wszechświat, który zaprosił tutaj Ciebie i mnie po to, by wraz z duszą doświadczać i obdarowywać innych swoimi talentami, które są promieniami wewnętrznego światła. Nie ma innego celu!

Oznacza to, że także TY masz w sobie dar od Życia (możliwe, że jeszcze przez Ciebie nie odkryty, nie zauważony lub nie brany przez Ciebie na poważnie), który może dawać Ci radość i karmić Cię finansowo. I wykształcenie nie jest tu najważniejsze, choć może być wspierające dla rozwijania Twojego ziemskiego powołania. Te dary masz w sobie, tylko ich nie widzisz, bo zasłaniają je rany, które w sobie niesiesz. Rany, które potrzebują Twojego objęcia i miłości.

Jeśli sięgnięcie do własnej studni talentów wydaje Ci się trudne, niemożliwe lub Cię przeraża, to znaczy, że gdzieś, kiedyś jakieś Twoje doświadczenia przykryły tę studnię ciężką od bólu pokrywą, na której leży zwinięte w kłębek Twoje wewnętrzne dziecko. Zapomniane przez wszystkich, samotne, zagubione, pełne ran. Dziecko, które cały czas czeka, aż ktoś do niego przyjdzie i się nim zaopiekuje, zobaczy je w jego cierpieniu i usłyszy jego szloch. Do swojego wewnętrznego światła właśnie ono jest bramą. Żeby wydobyć to światło, trzeba najpierw zejść do własnych czeluści i wejrzeć w mrok, odnaleźć to dziecko i zacząć leczyć jego ropiejące, emocjonalne rany. Jak? Miłością, cierpliwością, czułością, zrozumieniem i akceptacją. Wtedy spod każdej blizny zacznie wydobywać się światło, w którym błyszczą Twoje talenty i zasoby. Wydobędziesz je, robiąc najpierw miejsce na mrok.

Co jest w tym procesie największym sprzymierzeńcem? Zaufanie. Ufność, że jesteś tu, na tej planecie, bardzo ważna/y, bardzo potrzebna/y, że zawierasz w sobie to, co zarówno Tobie, jak i innym może przynieść wiele dobrego. Jeśli zatem nie podzielisz się swoim światłem z innymi, oni dużo stracą. A możesz sobie i innym to podarować, czerpiąc z własnego źródła talentów i robiąc to, co kochasz.

Pisząc ten tekst, miałam co jakiś czas wątpliwości (były to wątpliwości tej części mnie, która jeszcze nie dowierza, że może robić to, co wypływa z głębi mojego Jestestwa), czy w ogóle go skończę, czy ktoś go przeczyta, bo przecież taki długi mi wyszedł, czy ma sens dzielenie się swoim wglądem w siebie, rozumieniem i czuciem prowadzenia przez duszę. Jednak zaufanie, że warto, było znacznie większe. Mimo pisania i przepisywania tego tekstu na wiele rat, w pełnych wyzwań warunkach, coś w środku cały czas mówiło „pisz i ślij dalej”. Zatem posyłam 🙂

Przytulam ❤️

Ps. Do Kwiecistej – dziękuję Ci za inspirację i zgodę na wykorzystanie w tekście Twoich słów 😘

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *