Najbardziej intymne

Nie jestem mamą…

nie matka

Nie jestem mamą

Gdy miałam ok. 10 lat, postanowiłam, że NIGDY nie urodzę dziecka, NIGDY nie będę mieć dzieci. Bardzo często i śmiało wypowiadałam to stwierdzenie. Nie widziałam w tym nic złego. Nawet w wieku dwudziestu paru lat z dużą pewnością głosiłam światu, że nie chcę mieć dzieci, nie mam takiej potrzeby. Czasem dodawałam, że może kiedyś jakieś adoptuję, ale wypowiadałam to raczej bez wiary, że tak właśnie zrobię. Pamiętam, jak na mojej pierwszej długoterminowej (tradycyjnej) psychoterapii powiedziałam terapeutce, że nigdy nie lubiłam dzieci. Chyba obie byłyśmy tym stwierdzeniem mocno zaskoczone, bo przecież pracowałam z dziećmi! Gdy terapeutka zapytała mnie, dlaczego, jedyne, co przyszło mi do głowy, to że dzieci mi dokuczały, jak byłam mała. Przez lata miałam w sobie tylko tę odpowiedź i poczucie, że to nie wszystko, że tam coś jeszcze jest. No i było, jeszcze długo ukryte przed moją świadomością.

Około 30-tki zaczęło się we mnie pojawiać pragnienie dziecka. Było maleńkie i bardzo rzadko do mnie przychodziło. Jednak z każdym miesiącem rosło i coraz mocniej dawało o sobie znać. Moja emocjonalna gotowość była prawie żadna, a silne psychiczne schematy wytwarzały tak duży lęk przed „sięgnięciem” po macierzyństwo, że mimo powiększającego się pragnienia, nie byłam w stanie zadziałać. Czas mijał, a ja oscylując między lękiem a pragnieniem, nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji. Wiedziałam już jednak, że w wypowiadane tyle razy przekonanie (że nie chcę mieć dzieci), dłużej wierzyć nie mogę.

Poczucie braku

Zeszłej wiosny, gdy moim doświadczeniem było 1,5 miesiąca nieprzespanych nocy i związane z tym ogromne wycieńczenie – psychiczne i fizyczne, zobaczyłam w sobie BRAK. Był głęboki i rozległy. Odezwał się, gdy poczułam, jak bardzo mnie ograbiono, jak okradziono mnie z możliwości życia życiem, jakiego w głębi serca pragnę.

Brak, który przyszedł, miał dwa oblicza – jedno związane było z niewypowiedzianą tęsknotą za dzieckiem i wynikającym z tego poczuciem pustki, a drugie z czuciem się wybrakowaną (bo przecież musi być ze mną coś nie tak, muszę mieć jakieś deficyty, że do tej pory nie jestem mamą!).

Obie twarze tego braku sprawiały, że zatapiałam się w mojej rozpaczy coraz głębiej. Depresja przez ten czas przychodziła i odchodziła na zmianę częściej niż kiedykolwiek.

W pewnym momencie mojego życia, obok bólu związanego z brakiem, pojawił się WSTYD. Wstyd tak wielki, że wystarczało, abym wyobraziła sobie, jak odpowiadam komuś na pytanie o dziecko, a on już przy mnie był. Słowa „nie, nie mam dzieci, nie jestem mamą” przecinały moje wnętrze niezwykle boleśnie. Dodatkowo mój umysł produkował masę myśli typu „pracujesz z dziećmi, masz taką wiedzę, radzisz innym, a sama nie masz dziecka.. coś musi być z tobą nie tak”. Cały czas grało mi w głowie zdanie „To jakiś paradoks!”.

Zatopiona w wewnętrznych procesach, szukałam uzdrowienia także w tej kwestii. Doszłam do takiego miejsca w sobie, gdzie znalazłam zaufanie i akceptację. Nie były one jednak trwałe. Cały czas poruszałam się między biegunami, raz będąc w zaufaniu i poddaniu się temu co jest, a raz tonąc w bolesnej rozpaczy, nie umiejąc przyjąć faktu, że nie mam dziecka. Potrafiłam jedynie pragnąć, wyciągając rękę, by po chwili lękiem blokować ruch sięgania.

Pragnienie dziecka

Do tego czasu moje pragnienie zajścia w ciążę i doświadczanie siebie w rodzicielstwie osiągnęło już naprawdę ogromny rozmiar, a ja od wielu miesięcy żyłam w rozpaczy, która pogłębiała się z każdą informacją, że kolejna kobieta w moim otoczeniu jest w ciąży lub urodziła. Niemal każdy dzień w pracy (od kilkunastu lat stale obcuję z dziećmi) był dla mnie oprócz tego, że piękną nauką o sobie i drugim człowieku, to także dużym cierpieniem. Od lat miałam w sobie poczucie, że jestem rodzicem dla nie swoich dzieci, że oddaję siebie nie swoim dzieciom. Czy żałuję? Absolutnie nie, bo właśnie na kontakcie z NIE SWOIMI dziećmi wzrosłam i mam nadzieję, że dałam im choć trochę tego, co sama od nich dostałam. Jednak ból, który szarpał moje wnętrze, był stałym towarzyszem. Coraz ciężej jeździło mi się do maleńkich dzieci na konsultacje czy naukę chustonoszenia.

W styczniu tego roku, na szkoleniu, usłyszałam od Gilberta Renaud, że „obietnice złożone w dzieciństwie, działają całe życie”. W jednej sekundzie poczułam potężne, wewnętrzne tąpnięcie. Natłok myśli i emocji, jaki się rozlał po moim wnętrzu, był jak porządne uderzenie w głowę i brzuch jednocześnie. Zobaczyłam, jaka przysięga pracuje we mnie od 25 lat! Jeszcze podczas szkolenia zaczęłam szlochać a moje ciało uwalniało napięcie, które przez tyle czasu było potrzebne, by utrzymywać to postanowienie przy „życiu”.

Tego dnia, gdy dotarło do mnie, że moje postanowienie stało się programem dla mojej podświadomości, wróciłam do tej dziesięciolatki, wysłuchałam Jej i uwolniłam lęk, który tak naprawdę cały czas mnie chronił.

Odpuścił niemal natychmiast a ja tydzień później poczułam silną decyzję, że chcę mieć dzieci, chcę zostać mamą. Mijały jednak kolejne miesiące, a ja nadal nie byłam w ciąży… Lęk odpuścił, ale schemat, który blokował sięganie po właściwie każde moje pragnienie, długo jeszcze pozostawał nierozpoznany. Świadomość tego, przed czym ten lęk mnie ochraniał, nie była dla mnie długo dostępna. Opowiem o tym w innym wpisie, bo nie mam jeszcze pełnej gotowości, by o tym mówić. Poza tym może z tego wyjść długa opowieść 😉 

Wiem, że kiedyś próbowałabym załatwić wszystko głową, bez kontaktu z ciałem, które przecież jest naczyniem dla emocji i bez świadomego wchodzenia w nie, wyłącznie poprzez głowę nie jest możliwa, według mnie, jakakolwiek trwała zmiana. Mimo że przyszłam na ten świat z pełną informacją o sobie i z pełnym ekwipunkiem odczuć, w moim domu rodzinnym nauczono mnie skutecznie, jak odwracać się od emocji, szczególnie tych nieprzyjemnych, nieakceptowanych społecznie. Nauczono mnie tym samym odwracania się od siebie samej, zamykania wewnętrznych oczu za każdym razem, gdy krajobraz w środku z rajskiego zmieniał się w upiorny.

Dodatkowo nikt w tej nauce nie zaznaczył, że odcinając się od przykrych emocji, odcinam się jednocześnie od tych przyjemnych.

Nie jest bowiem możliwe, by przejść przez życie, czując tylko to dobre. Nie po to dostaliśmy łzy smutku, ogień gniewu czy drżenie lęku, by je z siebie usuwać, co zresztą jest niemożliwe (choć przez lata bardzo dzielnie próbowałam to robić 😉 ) Dostaliśmy radość i cierpienie, bo jesteśmy i jednym i drugim, i nie bylibyśmy pełnią, gdyby nie obecność ich obu.

Jeśli podobnie jak ja, z jakichś powodów nie jesteś mamą,
czy na pewno znasz te powody?

Czy nie są to przypadkiem dziecięce przekonania lub programy, które być może wcale nie należą do Ciebie, a pochodzą np. od Twoich rodziców lub przodków. A może jakieś emocje blokują Cię psychicznie lub na poziomie ciała, by stać się matką? Wszyscy jesteśmy w polu informacyjnym a informacja nawet o dalekiej przeszłości jest zawsze dostępna. Decyzja o zajrzeniu w siebie i swój ród otwiera do niej drogę. Jeśli podczas czytania coś się w Tobie pojawiło (jakaś myśl albo emocja) i masz ochotę się tym podzielić, do Twojej dyspozycji jest miejsce poniżej oraz mój mail.

Dziękuję, że mogłam Ci to opowiedzieć ❤️

2 komentarze

  • Linia papilarna

    Chyba świadomy wybór braku potomstwa zawsze jest lepszy niż niechciane dzieci. Będzie przestrzeń pojawi się miejsce na nowe życie 🌞❤️
    Osobista historia, odważna, poruszająca. Uaktywnia we mnie pewne nuty które chyba świadomie wyciszam.
    Trzeba będzie pomyśleć 😉

    • Ilona Jackowska

      Dziękuję Ci za piękne i ciepłe słowa. Ogrzały i wsparły ❤️ ❤️ ❤️ Tak, mimo pragnienia, które czułam od kilku lat, świadomość tego, jak bardzo mogę skrzywdzić to maleńkie życie piekłem, z którym zupełnie sobie nie radziłam, powstrzymywała mnie przed podjęciem decyzji o ciąży. A obok tego cały czas stał ból, że ja nie… Życzę Ci, by to, od czego być może się odwracasz, zostało zobaczone i objęte miłością. Wspierające ślę! ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *